Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje zdanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje zdanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 sierpnia 2016

#118- Za co uwielbiam tatuaże

środa, 17 sierpnia 2016
Witajcie. Gdyby moja mama dowiedziała się, że uwielbiam tatuaże i mam w planie zrobić sobie jeden w niedalekiej przyszłości chyba by sobie pomyślała, że jestem walnięta. Naprawdę. Żyjemy w XXI wieku, a moja rodzicielka, która jest człowiekiem z bardzo otwartym umysłem, nadal kojarzy tatuaże wyłącznie z kryminalistami i nie widzi w nich żadnej formy sztuki, bądź ekspresji swojego charakteru. A ja wręcz przeciwnie...


Jestem fanką tatuaży biało-czarnych. Szczególnie tych drobnych, zawierających jakieś przesłanie, mających duże znaczenie dla osoby, która ten tatuaż posiada. Nie znaczy to jednak, że inne tatuaże mi się nie podobają. Przeglądam przeróżne inspiracje w internecie i potrafię znaleźć coś pięknego zarówno w ogromnych tatuażach na całe plecy, zdobionych rękawach, bądź również tych malutkich na nadgarstkach, czy karku.

Prawdę powiedziawszy, w Polsce nadal panuje ogromna nietolerancja względem tatuaży, szczególnie przez osoby starsze. Ich pogląd zrodził się, kiedy rzeczywiście tatuaże były oznaką, że ktoś odsiedział w zakładzie karnym i dostał dziarę od kolegi z celi, ale w obecnych czasach jest to forma wyrażania siebie, ozdabiania swojego ciała i pokazywanie indywidualizmu. Oczywiście wszystko zależy od gustu i nie wszystkim będzie podobała się kobieta z milionem róż na ręce, ale nie powinno się jej obrażać, bądź być wręcz zniesmaczonym na jej widok, bo jest to jednak jej ciało, z którym może sobie robić co chce, a że wybrała taki, a nie inny sposób na jego ozdobienie to już jej wola.


Jest wiele miejsc, w których tatuaże nie przystoją. W korporacjach, czy kancelariach prawniczych nadal jest stosowany rygorystyczny dress code i wszelakiego rodzaju zmiany w wyglądzie są nietolerowane. W najbliższych latach zapewne się to zmieni, ale jednak na tę chwilę trzeba zaakceptować ustanowione reguły i jeżeli ma się aspiracje na bycie prawnikiem to niestety tatuaże najlepiej robić w miejscach, które można przykryć garniturem.

Tatuaże są dla mnie sztuką jeżeli oczywiście są wykonane profesjonalnie. Każdy jest właściwie unikatowym okazem, swego rodzaju dziełem sztuki, którego "wydziarane" osoby mają na swojej skórze i naprawdę szanuję tatuatorów, którzy pociągnięciami igły potrafią stworzyć arcydzieła.

Sama nie odważyłabym się zrobić rękawu, lub jakiegoś innego odważnego tatuażu. Na razie chcę sobie zrobić malutką mapkę Polski na nadgarstku. Same kontury, cienką linią, wyglądające jak narysowane ołówkiem. Znam siebie i wiem, że coś innego szybko by mi się znudziło. Nad tym myślę uporczywie od ponad 3 lat, bo wiem, że jest to zmiana na całe życie. Będzie to jednak tatuaż, którym chcę po części oddać mój hołd ludziom poległym w obronie ojczyzny, jak również pokazać to, że nie wstydzę się skąd pochodzę, więc wiem, że nie będę tej decyzji żałować.

(źródło zdjęć- tumblr)
Jedni wolą tatuaże z przekazem, inni tylko te, które ładnie wyglądają. Ale czy to ważne dlaczego ktoś na swoim własnym ciele robi tatuaż? Jeśli to dobrze przemyśli i dzień po zrobieniu nie będzie tego żałować to nie rozumiem czemu ma nam to przeszkadzać.

A jakie jest Wasze zdanie na temat tatuaży? Sami macie jakieś, czy w ogóle nie planujecie? 

Pozdrawiam, Weronika. 

środa, 10 sierpnia 2016

#114- Jak to jest być młodym patriotą

środa, 10 sierpnia 2016
Witajcie. Już dawno miałam w planie napisać coś o patriotyzmie, ale dopiero teraz mam do tego głowę. Zasadniczo pewnie dostanę falę krytyki, że jak to osoba mieszkająca poza granicami kraju może wypowiadać się i nazywać siebie patriotą, jak taki młody szczyl może cokolwiek wiedzieć o kochaniu ojczyzny i że gdyby była wojna to na pewno starałabym się ratować swój tyłek, zamiast walczyć o kraj. No cóż, może to i prawda, ale chcę w tym miejscu pokazać swój światopogląd z punktu widzenia młodej osoby, której życie potoczyło się tak, a nie inaczej.


Może zacznijmy od tego co ja rozumiem pod pojęciem patriotyzmu. Jest to poszanowanie i wielka miłość do ojczyzny, z której się pochodzi. Szacunek do kultury danego kraju, historii, sztuki. W obecnych czasach, wydaje mi się jest to otwarta przynależność narodowa, bycie dumnym, że pochodzi się właśnie stąd.

Osobiście uważam, że wśród ludzi młodych panuje dość spora ignorancja. Nie każdy musi oczywiście znać całą historię Polski, ale moim zdaniem bycie obywatelem danego kraju wymaga znania chociażby podstawowych informacji z tego zakresu. To że żyjemy w czasach kiedy jesteśmy w miarę bezpiecznej pozycji, nie oznacza, że można zapominać o podstawowych wartościach i czasami wręcz wstydzić się tego, że jest się z Polski.


Nasz kraj, mimo że nie jest obecnie gospodarczą potęgą, bardzo się rozwija i na wielu płaszczyznach może dać ludziom więcej, niż byście mogli sobie pomyśleć. Wydaje mi się, że wszystkie nasze tradycje i zwyczaje powinny być nadal pielęgnowane, bo to właśnie wyróżnia nas na tle innych narodów. Mamy piękny, bogaty język, który łatwo zaobserwować w polskiej literaturze. Szeroko pojęta sztuka jak kino, teatr, opery- mamy to wszystko na wyciągnięcie ręki i naprawdę na wysokim poziomie, więc powinniśmy być z tego dumni.

Polska jest krajem, który wiele przeszedł w swojej historii i właśnie swoją postawą powinniśmy promować nasze dobra, by oddać po części hołd ludziom, dzięki którym jesteśmy teraz niezależni. Nie lubię słuchać ludzi, którzy mówią, że jest to dziura, nie dająca perspektyw. Kraj się rozwija, szczególnie można to zaobserwować w dużych miastach. Oczywiście nie jesteśmy na takim poziomie jak dajmy na to Niemcy, ale przez komunizm byliśmy wyrwani z globalnej gospodarki na wiele lat, więc naprawdę nie ma co wymagać.

Młodzi ludzie z ogółu wolą to co zagraniczne. Nie wiem właściwie czemu. Nie potrafią dostrzec piękna w tym co mamy u siebie. I to bardzo często mnie boli, ale taka mała ja, ze swoją miłością do kraju nie zwojuję wszystkich by cenili to skąd pochodzą.


Nie wyobrażam sobie na stare lata mieszkać za granicą. Polska to mój dom, moje miejsce na ziemi. Czy gdyby wybuchła wojna starałabym się walczyć o ojczyznę, czy skuliła ogon i ratowała tylko siebie? Teraz mogę powiedzieć, że robiłabym coś żeby pomóc ogółu, ale jakby było naprawdę sama nie wiem. Nikt kto czegoś takiego nie przeżył, nie może jednoznacznie stwierdzić jakby się zachował.

Co właściwie chciałam przekazać tym postem? Żebyście byli dumni tego, że jesteście Polakami. Żebyście pielęgnowali nasze tradycje i czerpali z naszej kultury jak najwięcej.

Pozdrawiam, Weronika. 

niedziela, 7 sierpnia 2016

#113- Mój sposób na bycie szczęśliwym

niedziela, 7 sierpnia 2016
Witajcie. Miałam pisać, wiem. Chciałam, ale komputer nie chciał. Cieszmy się, że dorwałam teraz parę minut kiedy z wielkiej łaski zechciał zadziałać. Jestem, mam temat. To już nie lada sukces. Jak widać po tytule będzie o byciu szczęśliwym. Właściwie nigdy nie pomyślałabym, że kiedyś cokolwiek takiego napiszę. No proszę Was. Ja najbardziej przygnębiająca, introwertyczna Weronika, która nie wychodzi z domu, bo nie lubi ludzi, a odnalazła szczęście właśnie w ludziach. Dziwna sprawa. Może zacznijmy po kolei...

Jak cofniecie się parę postów w tył (a więc przewertujecie mniej więcej moje ostatnie 4 lata życia, czy tam 5) zobaczycie to jakim jestem człowiekiem. Cichym, spokojnym, żyjącym we własnym świecie, ale z ogromną tolerancją do ludzi i otaczającego świata. Akceptuję wszystkich jeżeli to co robią nie rani innych ludzi. I tak było od zawsze, z tą różnicą, że była jedna osoba, której nie akceptowałam nigdy, a byłam nią ja sama. Dostrzegając same pozytywy w ludziach dookoła mnie, nie widziałam żadnych swoich zalet. Żyłam w bańce swojego okropnego, jak mi się wydawało, życia, z ogromną zgryzotą i ogólnie z raczej pesymistycznym nastawieniem. Ciągła depresja, przygnębianie, dziwne ataki paniki, wyolbrzymianie problemów. Wszystko to było wynikiem braku akceptacji samej siebie, który nie wiedzieć czemu zrodził się we mnie parę lat temu i nie chciał mnie opuścić. Żyłam w ogromnym, bezpodstawnym nieszczęściu, a teraz moje życie nabrało barw. I właśnie powiem Wam jak doszłam do tego, że teraz uśmiecham się codziennie i jestem najzwyczajniej zadowolona z tego, że jestem.


Zasada jest prosta. Jeżeli jesteś nastolatką z problemami mojego typu to najprawdopodobniej jesteś w złym środowisku, który Cię przytłacza. Nie wierzysz w siebie, bo ktoś Cię tłamsi. Najprostszą zasadą zaakceptowania siebie jest uwolnienie się z sideł tych osób i raz na zawsze powiedzieć sobie, że nie ważne jakim się jest, jest się wartościowym człowiekiem. Tak jak oceniasz siebie, tak oceniają Cię inni ludzie. Jak uwierzysz w siebie, oni też zrozumieją, że warto się z Tobą zadawać. A wtedy do szczęścia już krótka droga. Osoby, które napawają Cię chęcią do życia, opiekują się Tobą, chcą z Tobą rozmawiać kiedy masz na to ochotą- oni są właśnie życiowym szczęściem. Nie ważne ile masz lat, czy 20, 50, czy 70. Rodzina i przyjaciele sprawiają, że odnajdujesz sens życia.


Nie wiedziałam tego. To sprawa bardzo prosta, a tak trudna dla wielu to znalezienia. Nie warto być samym, izolować się od świata, bo boisz się być takim jak chcesz, bo co inni powiedzą. Bądź tym kim chcesz, ciesz się sobą, a jak komuś się to nie podoba to najwidoczniej nie jest Ciebie wart i stoi na Twojej drodze do bycia szczęśliwym.

Oczywiście każdy miewa gorsze i lepsze dni, ale jeżeli Twoim największym problemem i dyskomfortem jest to, że porównujesz się do innych i nie jesteś tak szczupła jak koleżanki, nie masz tak fajnych ubrań, czy nie jesteś tak popularna jak inni, to po prostu wyluzuj, uśmiechnij się i pomyśl, że jesteś sobą, masz coś swojego i gwarantuję, że znajdą się osoby, którym się to spodoba.

Patrząc na życie moich dziadków, którzy już nie jedno przeszli w życiu aż łezka mi się w oku kręci, bo mimo tylu tragedii i życia na dość niskim poziomie nadal są szczęśliwi z tego kim są. Są szczęśliwi, że mają mnie i nie ważne, że nie mają za dużo pieniędzy, wykształcenia, czy ogromnej liczby przyjaciół. Mają za to jedną wnuczkę dla której potrafią zrobić wszystko. I właśnie dzięki takim osobom doszłam do wniosku, że jestem potrzebna. Tak samo ma każdy z Was. Nie ważne co przeszliście w życiu. Ja sama wychowałam się bez ojca, w biedniej rodzinie, ludzie śmiali się ze mnie przez wiele lat, bo nie miałam tyle pieniędzy co oni, a jednak mam osoby dla których jestem najważniejsza na świecie. I to się liczy.

Może to co napisałam jest trochę chaotyczne, ale wyszłam z wprawy. Nie jestem umysłem filozoficznym. Rzekłabym, że jestem umysłem prostym, chłopskim, jeszcze nie do końca oczytanym, ale swoje wiem i mimo że mam dopiero 19 lat doszłam już do paru ciekawych obserwacji na temat życia i psychiki człowieka. Bądź dumny z tego kim jesteś, a znajdziesz osoby, które będą światełkiem Twojej codzienności.


Pozdrawiam, Weronika. 


niedziela, 10 kwietnia 2016

#110- Tinder i co o nim myślę

niedziela, 10 kwietnia 2016
Większość z Was na pewno wie czym jest Tinder, więc nad samą koncepcją tej aplikacji nie będę się rozwodzić. W skrócie możemy przez nią przeglądać ludzi w naszej okolicy i jeżeli nam się spodobają jesteśmy w stanie zawrzeć nową znajomość. Nie będę oszukiwać. Jestem czynnym użytkownikiem Tinder'a jakoś już od października i zdaję sobie sprawę, że polski Tinder, a Tinder w UK ma zupełnie inne zastosowanie, więc przedstawię Wam to co ja o nim myślę z perspektywy osoby, która ma porównanie i jest w tej całej aplikacji obeznana.

Nie wiem czy to tylko ja, ale odkąd jestem w Polsce nie dostałam na Tinderze ani jednej wiadomości, mimo że "matchów" przybyło mi ze 30. Wszyscy dziwili się gdy to pierwsza napisałam, lub często spotkałam się z informacją, że ludzie na polskim Tinderze do siebie w ogóle nie piszą. I tak zaczęło mnie zastanawiać po co w ogóle go mają, skoro celem założenia tam konta powinno być poznawanie innych ludzi, czyż nie?

Nie będę owijać w bawełnę. Tinder w UK jest bardzo rozwinięty, szczególnie w okręgach studenckich, gdzie naprawdę prawie każda osoba konto tam posiada i co jakiś czas zagląda. Jednakże ci ludzie dzielą się na takich, którzy szukają kogoś do pogadania, kogoś do dłuższego związku, lub po prostu kogoś na jedną noc. Bylibyście zdziwieni ile dziennie dostaję propozycji na szybkie spotkanie już w pierwszej wiadomości. Muszę mieć chyba bardzo dobre zdjęcia profilowe, ale nie zmienia to faktu, że takie wiadomości są u mnie z miejsca kasowane i zupełnie nie mam ochoty ich więcej dostawać.

(źródło zdjęć- google grafika)
Nie mówię, że spotykanie się z ludźmi z Tindera jest czymś złym, bo sama z chłopakami tam poznanymi spotkałam się już parę ładnych razy, ale zwykle okazywało się, że są zupełnie inni niż nam się wcześniej wydawało. Doszłam też do wniosku, że to ja albo mam pecha, albo ludzie na Tinderze ogólnie są jacyś nie tego. Nie chcę tu nikogo obrażać, ale większość tych chłopaków była zbyt zakochana w sobie, lub zbyt nieśmiała. Kompletne przeciwieństwa, wiem, ale nie spotkałam do tej pory nikogo po środku.

Tinder jest na pewno świetną aplikacją do poznawania nowych znajomych, ale nie rozumiem zbytnio jak po pierwszym spotkaniu można oczekiwać, że jest to miłość od pierwszego wejrzenia. Znaczy no wypadki chodzą po ludziach, ale to raczej mało prawdopodobne by poznać drugą połówkę poprzez Tindera.

Jest to na pewno miejsce podbudowanie swojej samooceny. Mnie przynajmniej po części rajcuje, że mam tyle matchów, więc wmawiam sobie, że może dla otaczającego świata nie jestem taka brzydka i nudna, jak mi się wydaje. Jest to również jakaś tam forma próżnej rozrywki poprzez ocenianie wyglądu drugiego człowieka, ale jednak często można tam znaleźć kogoś z ładną buźką, z którą można sobie ciekawie popisać.

Jak dla mnie Tinder jest miejscem zastępczym dla różnych czatów, czy forum internetowych, na których bywało się parę lat temu. Na pewno nie szukałabym tam partnera.

A Wy co używacie o tej aplikacji? Jakie jest Wasze zdanie? 

Pozdrawiam, Weronika. 

czwartek, 16 lipca 2015

#92- Secondhand'y, lumpeksy, buble...

czwartek, 16 lipca 2015
Do napisania tego posta zachęcił mnie mój dzisiejszy wypad na zakupy do lumpeksu, jak również post na jednym z blogów, które obserwuję. Różni ludzie, różnie postrzegają tego typu sklepy, ale jeżeli chcecie wiedzieć co ja o tym myślę to zapraszam do czytania.

Zaczynając moją historię z secondhand'ami. Jako małe dziecko mama często ciągała mnie do takich sklepów, bo sama często wynajdywała tam perełki  z zagranicy, za bardzo niską cenę. No ale jak to z dziećmi bywa, byłam wybredna i chciałam nosić wszystko nowiutkie i czyściutkie, więc wizja noszenia ubranek po jakimś innym dziecku było moim największym problemem i udręką.

Potem przyszły mniej odległe czasy i nadal nie widziałam potencjału w lumpeksach. Wręcz obrzydzało mnie noszenie używanych rzeczy, bo przecież ktoś inny je nosił i nie wiadomo kto to był, ani gdzie je nosił, ani co w nich robił. Prawdę powiedziawszy, dobrze, że punkt widzenia mi się zmienił, bo w tzw, bublach można trafić naprawdę ciekawe rzeczy i to nie tylko ze zwykłych sieciówek, ale również i drogich, markowych sklepów.


Obecnie uwielbiam secondhand'y. W Wielkiej Brytanii takie sklepy nazywają się "charity shops", z których cały dochód oddawany jest właśnie na jakąś wybraną akcję wspierającą ubogie, chore dzieci, lub zwierzęta itp. Miałam nawet przyjemność uczestniczyć w wolontariacie w jednym z takich sklepów, więc wiem jak to wygląda "od kuchni". Dzięki temu przekonałam się do używanej odzieży i dodatków. Kiedy musiałam prać, prasować, przeglądać te wszystkie rzeczy zobaczyłam, że nie są one wcale okropnymi, znoszonymi szmatami. Oczywiście takie też się zdarzały, ale nie lądowały one na sklepie.

Co do polskich sklepów z używaną odzieżą, również wiem jak taki biznes działa. Przypadkowo moja znajoma pracowała w UK w miejscu, który skupował używaną, jak i nową, odzież od prywatnych ludzi, prała je, przeglądała, poprawiała i rozsyłała głównie do Polski, Czech, czy Słowacji. Mieli oni również partnerów, typu Primark, czy Tesco, którzy sprzedawali im nowe ubrania, które się nie sprzedały, bądź miały jakieś małe wady produkcyjne. I te wszystkie ubrania możemy znaleźć w Polsce pod nazwą "odzież zachodnia", "tania odzież z Wielkiej Brytanii" itp.

Kupując w lumpeksach musimy uważać. Głównie na jakieś dziurki, przetarcia, czy plamy, których nie da się sprać, bo takie rzeczy niestety są na nie narażone, nawet w transporcie. Ja mam z kolei problem, że często trudno jest mi się opamiętać i najchętniej kupiłabym wszystko, bo jest tanie, a nie o to chodzi i przed wejściem do sklepu mówię sobie, że muszę każdą rzecz przemyśleć, czy na pewno będę w niej chodzić, czy jest w moim stylu, czy mam z czym ją zestawić.


Niby nie chodzę aż tak często do secondhand'ów, ale mam już całkiem sporo rzeczy używanych, które kupiłam za parę złotych i naprawdę świetnie mi się sprawują. Niestety nie trafiłam jeszcze na nic od projektanta co by mi się podobało, ale znam wiele ludzi, którzy mieli taki szczęście. Szczególnie teraz, kiedy lumpeksy są w "modzie" i coraz więcej ludzi decyduje się by w nich kupować.

Na zdjęciach widzicie moje dzisiejsze zakupy: dwie koszulki i bluzę, za które w sumie zapłaciłam 11 zł, oraz kurtkę, którą kupiłam już jakiś czas temu za 5 funtów i jest spełnieniem moich dżinsowych marzeń.

Podsumowując, jeżeli nadal się zastanawiacie czy jest sens w kupowaniu używanych ubrań to możecie mieć moje słowo, że się opłaca i będziecie mieć satysfakcję z dorwania ubrań wyglądających na nowe za śmieszne pieniądze.

A jakie jest Wasze zdanie? Kupujecie w lumpeksach? 

Pozdrawiam, Weronika. 

wtorek, 14 lipca 2015

#91- Dlaczego nie czytamy lektur?

wtorek, 14 lipca 2015
Jeżeli chodzi o pytanie w tytule odpowiedzi może być sporo. Po pierwsze, książki wybierane dla uczniów przez Ministerstwo Edukacji mogą znacznie odbiegać od gustu przeciętnego nastolatka obecnych czasów. Znam w końcu mało ludzi, którzy z własnej woli czytają do poduszki "Pana Tadeusza". Po drugie, sporej części z nas nie chce się ich czytać, lub nie mamy na nie czasu, a by zdobyć dobrą ocenę na sprawdzianie wystarczy zagłębić się w opracowanie i streszczenie danej pozycji. Potem na lekcjach i tak się książkę omawia, więc sporo osób uważa również za bezsens czytanie całej. A z mojego punktu widzenia, czyli osoby, która w szkole nie ma musu czytania polskiej literatury, tacy ludzie, którzy omijają lektury niekiedy wiele tracą, bo jest wiele pozycji, które mogą przypaść do gustu nawet najbardziej wybrednym.


Polskie lektury są wybierane pod kątem nauczenia ucznia jakichś wartości. Dajmy na to, lektury z podstawówki bardzo często niosły przekaz prawdziwej przyjaźni. Na myśl przychodzi mi teraz "
Ania z Zielonego Wzgórza", która właśnie pokazywała jak ważne jest by mieć wokół siebie ludzi, którzy pomogą w trudnych chwilach i potrafią odmienić Twoje życie by stało się lepsze i szczęśliwsze (na dodatek powiem, że była to moja zdecydowanie ulubiona lektura z tamtego okresu i co jakiś czas do niej wracam). W starszych klasach uczniowie uczą się o historii kraju, uczuciach patriotyzmu, co moim zdaniem jest naprawdę ważną wartością i każdy obywatel powinien mniej więcej znać historię Polski.
Czytając lektury kształtujemy swój język, uczymy się barwnych, nowych słów, przez co nasze wypowiedzi są bardziej składne i bogatsze. Wiem, że w szkole jest ciężko przez nawał prac domowych i klasówek, ale przeczytanie choć jednej, czy dwóch wybranych całych lektur w ciągu roku nie jest nieosiągalnym celem. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie są interesujące dla młodego czytelnika. Sama mam wiele książek, które niczym mnie nie zachęcają, lub są zbyt trudno w odbiorze poprzez długaśne opisy widoków zamiast jakąkolwiek akcje. (np. "Nad Niemnem". Jest to ewidentnie kawał naszej polskiej kultury, ale na tej lekturze poległam i chyba nie uda mi się jej przeczytać. A "Pan Tadeusz" jakoś poszedł przy drugiej próbie, więc może kiedyś) Spis lektur zawiera przecież tyle przeróżnych pozycji, że dam sobie rękę uciąć, że każdemu z Was spodobała się chociaż jedna. 

Czytanie książek z przymusu nie jest sprawą fajną i pewnie dlatego tak wiele uczniów omija lektury szerokim łukiem. Mi może właśnie dlatego jest prościej je czytać, bo wybieram to co mi się może ewentualnie spodobać. Nie mam z tyłu głowy tej myśli, że muszę tę książkę przeczytać by dostać 5 z kartkówki, czy dobrze napisać charakterystykę danego bohatera. Jak właśnie wspominałam, jeżeli każdy z Was obrałby sobie na cel przeczytanie choć jednej całej lektury zamiast kolejnego streszczenia, gwarantuję Wam, że będziecie się czuli lepiej sami ze sobą i na pewno wyniesiecie z tego coś pożytecznego.


Jeżeli chcecie wiedzieć, które lektury mi zapadły w pamięć to podzielę je na trzy grupy:

1) Szkoła podstawowa: "Tajemniczy Ogród", "Ten Obcy", "Ania z Zielonego Wzgórza", "Chłopcy z Placu Broni", "W Pustyni i w Puszczy", "Spotkanie nad morzem", oraz "Dzieci z Bullerbyn".

2) Gimnazjum: "Kamienie na Szaniec", "Dywizjon 303", "Pamiętnik z Powstania Warszawskiego", "Balladyna", "Mały Książę", "Opium w rosole" i "Kłamczucha".

3) Liceum: "Granica", "Pan Tadeusz", "Przedwiośnie", "Ludzie Bezdomni", "Pożegnanie z Marią", "Potop".


Patrząc na to było ich całkiem sporo, więc lektur nie ma co się bać, bo jak widać mogą się Wam spodobać. Większość czytałam po prostu w wolnej chwili, a że są wakacje to będę nadrabiać jeszcze kolejne.
A jaki jest, lub był Wasz stosunek do lektur? Jakie były Wasze ulubione? Piszcie. 

Pozdrawiam, Weronika. 


środa, 10 czerwca 2015

#85- Daily vlogi? Co jest w nich takiego ciekawego?

środa, 10 czerwca 2015
Witajcie. Wlasnie obejrzalam kolejnego "daily vloga" od Alfie'go z kanalu "PointlessBlog" i zaczelam sie zastanawiac co jest tak interesujacego w tego typu filmach, ze staly sie one takim fenomenem. Na youtube mozemy znalezc tysiace kanalow, na ktorych ludzie pokazuja po prostu swoje codzienne zycie, to co robia w ciagu dnia, co jedza itp. I zapowiadaloby sie to na strasznie nudna forme rozrywki, ale w gruncie rzeczy jestem jedna z tych osob, ktore strasznie sie w to wkrecily i z ciekawosci ogladaja jeden odcinek po drugim, by przypadkiem czegos nie ominac.

1) Zalfie 2)Joe Sugg& Nala 3) the crew 4)Alfie
Wiekszosc popularnych youtuber'ow nagrywa filmiki z sytuacjami ze swojego normalnego dnia, tzw. "daily vlogi". Nie wymagaja one wielkiego poswiecenia, ani godzin spedzonych na edytowaniu, a jednak maja one szeroka widownie. Taka sama sytuacje mozemy zaobserwowac w blogosferze, na blogach, gdzie ludzie opisuja swoje zycie. Posty typu co tam w szkole, albo przezycia z wakacji sa juz czyms normalnym i pojawiaja sie na co drugim blogu. I czyta sie je przyjemnie, bo nie trzeba sie skupiac. Tak samo z "daily vlogami". Nie wymagaja przemyslen, ale czlowiek z czystej ciekawosci lubi do nich zagladac i podpatrywac co robia inni.

Jest to bardzo podobny fenomen do snapchat'a, czy instagram'a. Tam rowniez publikujemy swoje codzienne zycie,a inni z ciekawosci ogladaja nasze zdjecia i filmiki. I nie ma w tym nic zlego, ze interesujemy sie tym co sie u innych dzieje, bo to w koncu oni wpuszczaja nas do swojego prywatnego swiata.

Sama nie nagrywalabym "daily vlogow". Z prostej przyczyny posiadania raczej monotonnego zycia, ale rowniez nie chcialabym by spora ilosc ludzi mogla zajrzec przez nie do kazdej osobistej czesci mojej codziennosci. Niby youtuber, ktory nakreca tego typu filmiki sam decyduje co i jak chce pokazac, ale jednak czesto pokazuja oni wszystko i praktycznie nic prywatnego dla nich nie zostaje. W szczegolnosci ci wieksi youtuber'zy, ktorzy sa zasypywani prosbami, by pokazywac wszystko co dzieje sie w ich zyciu, co jest smutne, bo kazdy zasluguje na moment tylko dla siebie, bez potrzeby krecenia tego co robi w danej chwili.

1) BoogieSilver 2) Jim Chapman 3) Karolina& DG 4) Marcus Butler
Lubie ogladac "daily vlogi", bo jak kazdego innego czlowieka, mnie rowniez ciekawi jak wyglada dzien osoby, ktora odniosla sukces, jest popularna, ma ciekawa prace. Zwykle ogladam je przy jedzeniu, jak kazde inne filmy na youtube i w pewien sposob zepelniaja one taka pustke. Badz co badz, lepiej jest cos jesc, albo pic kawusie, jak ktos tam mowi i pokazuje cos w tle. Czasami jednak bywaja one bardzo nudne i troche powielane, robione na sile. Tak samo z codziennymi postami na blogach. Wydaje mi, ze pisanie tego typu postow, lub nagrywanie kolejnego juz filmiku z kolei o tym, ze sie idzie do szkoly i je sniadanie nie jest niczym odkrywczym, bo mozna to znalezc u miliona innych osob. Jezeli dzieje sie cos ciekawego to naprawde lubie o tym poczytac, lub obejrzec, ale takie monotonne dni, jak glownie moje, jakos mnie nie przyciagaja.

A Wy co myslicie o "daily vlogach" i postach typu "lifestyle"? Piszcie, z checia poznam Wasza opinie. 

Pozdrawiam, Weronika.
(zrodlo zdjec- google grafika)

wtorek, 28 kwietnia 2015

#67- "Single-parent family"... niepelna rodzina?

wtorek, 28 kwietnia 2015
Szukalam ostatnio tlumaczenia zwrotu 'single-parent family', bo zaden sensowny polski odpowiednik nie przychodzil mi na mysl i wpadlam na "niepelna rodzine". I tak sie nad tym zastanowilam, bo oczywiscie "niepelna" odnosi sie do braku jednego rodzica, ale czy w takiej rodzinie z sama mama, albo z samym tata dzieci dostaja mniej milosci, sa gorzej wychowywane, maja gorszy start w zyciu?

Nie wiem czy kiedys tu wspominalam, ale cale zycie wychowywalam sie bez ojca. (Gdyby kiedys z niewiadomych przyczyn tu trafil to pozdrawiam :*) Odpowiadajac samej sobie na pytanie, czy odczuwam jakis brak z tego powodu- nie. Prawde powiedziawszy nie wyobrazam sobie by bylo inaczej, bo moj swiatopoglad narodzil sie wlasnie na plaszczyznie niepelnej rodziny. Nie uwazam bym miala okropne dziecinstwo. Wrecz przeciwnie. Mialam wszystko czego dziecko potrzebuje do szczescia. Bywalo ciezko, ale kto ma lekko?

Zyjac w takiej rodzinie ma sie obu rodzicow, ale w jednej osobie. Mama, czy tata przejmuje obowiazki tego drugiego, ktorego z roznych przyczyn nie ma. I uwazam, ze to jest najciezsze. Chyle czola wszystkim rodzicom, w tym mojej mamie, ktorzy daja sobie rade, bo bycie matka i ojcem naraz nie jest wcale proste. Caly ciezar jest skupiony na tej jednej osobie. Nie ma pomocy ze strony partnera, jest sie zdanym na siebie. Nie mowie tu juz o sytuacji materialnej, bo nie oszukujmy sie pieniadze sa wyznacznikiem wielu rzeczy, a przeciez jedna pensja nie starcza na tyle ile bysmy sobie tego zyczyli.


W kazdej jednostce rodziny najwazniejsze jest uczucie, troska. Znam wiele przypadkow, gdzie pod powloka na pozor "idealnej" rodziny, skrywa sie tragedia. Przemoc, maltretowanie, ile sie o tym teraz slyszy? Zwykle takie sprawy sa zatajane, nie wychodza poza sciany domu. Szczegolnie gdy rodzina cieszy sie popularnoscia, ma dobry wizerunek w swiecie. A ile jest przypadkow, ze rodzice zajeci praca nie skupiaja sie na dzieciach, nie widza co one naprawde robia, jakie sa? Rozumiem ich postepowanie, bo chca dac tym dzieciom troske materialna, ale czesto zapominaja o tej prawdziwej. Czasami wystarczyloby odrobic z dzieckiem lekcje, zjesc z nim obiad, albo no nie wiem chociazby isc na plac zabaw, a nie wiecznie mydlic mu oczy zabawkami i innymi dobrociami. Zaden sprzet nie dorowna prawdziwemu uczuciu.

Wracajac do samotnych mam i ojcow, oni dwoja sie i troja. Czesto w takich rodzinach dzieci zyja znacznie szczesliwiej, bo otrzymuja tej wspomnianej troski jak najwiecej sie da. Nie mowie, ze niepelna rodzina nie ma wad. Szczegolnie jezeli chodzi o male dzieci, ktore obserwuja rodziny sasiadow, czy kolegow ze szkoly. Widza, ze maja oni mamusie i tatusia, ze spedzaja czas z jednym i z drugim, ze maja dwie osoby, ktore je kochaja. A potem wracaja do domu i maja tylko jednego rodzica i nie moga zrozumiec, ze to nie oznacza wcale ze sa gorsi. Ja ze swojego dziecinstwa pamietam, ze bylo mi zawsze przykro jak ojcowie uczyli dzieci jezdzic na rowerze. Mnie nie mial kto nauczyc. Moze to blache, ale wydaje mi sie, ze dobrze obrazuje jak mysla dzieci i jak odczuwaja ten problem. Ja na szczescie mam dziadka, ktory byl dla mnie zastepca ojca, ale niektorzy nie maja nawet i takiej pomocy. I jak takie male dziecko ma to zrozumiec?

Nie uwazam by rodzina z jednym rodzicem byla w ogolnym rozumieniu, rodzina niepelna. Sama jestem najlepszym przykladem,ze nie jest to powodem nieszczescia dziecka. Oczywiscie lepiej jest miec pelna rodzine, tak jak mowilam np z powodow materialnych, ale wszystko zalezy od samego rodzica i to jakim uczuciem tak naprawde darzy dziecko.

Nie wiem czy temat nie jest zbyt ciezki. Chcialam tylko przekazac, ze rodzina zlozona z jednego rodzica i dziecka wcale nie jest rodzina "niepelna". Zauwazylam, ze czesto w takich sytuacjach buduje sie lepsza relacja, ze dzieci i rodzic sa opoka dla siebie nawzajem. A to przeciez najwazniejsze.

Pozdrawiam, Weronika.

czwartek, 16 kwietnia 2015

#59- Rudzielec

czwartek, 16 kwietnia 2015
Witajcie! Niby post pojawil sie wczoraj, ale tak sobie siedze, czytam nowosci na blogach, ktore obserwuje, slucham Ed'a i postanowilam o nim napisac, bo dlaczego nie?

Zacznijmy od tego,ze Ed Sheeran jest znany praktycznie kazdej osobie z mojego przedzialu wiekowego. Dam sobie reke uciac, ze kazdy o nim slyszal, lub slucha jego piosenek. A wynika to z tego, ze ten przemily Rudzielec jest fenomenem i to nie tylko w Anglii, Polsce, czy Europie, ale ogolnie na calutkim swiecie.

Moim zdaniem, Ed Sheeran jest jedyny w swoim rodzaju i to wlasnie tym przekonal tyle ludzi do swojej osoby i muzyki, ktora tworzy. Z wygladu wydaje sie typowym chlopakiem z sasiedztwa. Nie bożyszczem nastolatek, modelem, czy autorem hitow. A jednak nim jest.
Nie wiem czy jestem jedyna, ale jezeli piosenkarz sam jest autorem swoich tekstow i muzyki zyskuje ode mnie z gory plusa, bo wiem jak trudno jest napisac piosenke i to nawet taka z najprostszym rytmem i bezsensownymi slowami. Nie wiem, wydaje mi sie to nieprawdopodobne, ze niektorzy maja taki swietny telant, by to wszystko zlozyc w sensowna calosc i zrobic hit, ktory wszyscy beda znali i sluchali w kazdej wolnej chwili.

Jezeli chodzi o muzyke Ed'a to wydaje mi sie,ze trafia ona do wiekszosci typowych sluchaczy. Duza czesc jego piosenek jest wolna, prawie ze relaksacyjna, mila dla ucha. Maja niebanalne teksty, chwytliwe rytmy. Poza tym jest w jego glosie cos milego, szczerego. Zreszta ten chlopak nie poprzestaje na typowych piosenkach o milosci, zwiazkach... Eksperymentuje z muzyka i to wlasnie dlatego jego piosenki sa dobre na kazdy dzien, na kazdy humor...
(zrodlo- tumblr)
Ed Sheeran jest jedna z tych osob, ktora zaczynala z niczym i piela sie, piela az osiagnela sukces, o ktorym wiekszosc moze tylko pomarzyć. Jest to chlopak, ktory osiagnal tyle co niejedna gwiazda znana od dekad, a nadal nie stracil na realnosci, na byciu tym normalnym chlopakiem z sasiedztwa, ktory jest zakochany w muzyce i z ktorym mozna wypic piwo w piatkowy wieczor. Ilosc koncertow, ktore ten chlopak gra na calym swiecie w kazdym tygodniu jest po prostu niebywala. Ed poswieca wieksza czesc swojego zycia, by fani z tak roznych zakatkow swiata mogli miec szanse na posluchanie jego glosu na zywo.

Wydaje mi sie, ze jest takim artystom, o ktorym nie mozna powiedziec, ze diametralnie sie zmienil poprzez nagla slawe, ze sodówka uderzyła mu do glowy. Przynajmniej sprawia takie wrazenie, bo oczywiscie nie znam go osobiscie.

Konczac ten calkiem spory opis osoby Ed'a Sheeran'a polecam Wam przesluchac jego plyty jesli jeszcze nie znacie, bo jest to jeden z moich idoli i jego piosenki sa naprawde godne uwagi. Osobiscie moje ulubione piosenki tozdecydowanie Sofa i Little Bird :)

A Wy znacie, sluchacie, cenicie Ed'a? Piszcie.

Pozdrawiam, Weronika.

niedziela, 12 kwietnia 2015

#57- Portale spolecznosciowe

niedziela, 12 kwietnia 2015
Portale spolecznosciowe, typu Facebook, czy Twitter zawladnely naszym zyciem. I nie ma co sie oszukiwac, ze tak nie jest, bo wszyscy, w szczegolnosci moja grupa wiekowa, nie wyobraza sobie dnia bez sprawdzenia co slychac na tablicy u znajomych. Czesto jestesmy pochlonieci tym internetowym, "social mediowym" zyciem, ze nie pamietamy o tym prawdziwym i co tak naprawde jest w nim wazne.

Wlasciwie, mozna pomyslec, ze tym postem wyjde na hipokrytke, bo sama pierwsze co robie rano to sprawdzam czy przypadkiem przez noc nie dostalam nowego "snapa", ale chociaz dostrzegam, ze jest to najwieksze uzaleznienie XXI wieku.

Kiedys ludzie jakos zyli. Bez "smarfonow", bez internetu, bez facebooka. A teraz? Obecnie,trudno jest sobie wyobrazic kontakty z ludzmi gdyby tych rzeczy pewnego dnia zabraklo. Gd
yby, dajmy na to, internet przestal istniec, wielu ludzi popadłoby w depresje, bo nie umieliby znalezc innej drogi do komunikacji. Ich zycie straciloby sens i nie wiedzieliby co robic. Byliby zdezorientowani... Jednak takie wydarzenie nie powinno miec miejsca, ale ludzie obecnych czasow powinni zdac sobie sprawe, ze internet i "social media" to nie jedyne co liczy sie w zyciu.

Coraz wiecej mlodych ludzi wkracza do tego swieta i to juz od najmlodszych lat. Zakladaja konta na wszelakich portalach juz w wieku 7, czy 8 lat i w wielu przypadkach jest to bardzo niebezpieczne. Gdy rodzice ich nie kontroluja oni sami nie sa w stanie przewidziec wielu sytuacji. W zaleznosci od dziecka moga stac sie oni ofiarami, lub wlasnie samemu stwarzac nieprzyjemnosci. W koncu ile to mozemy znalezc tzw. "hejtu" wysylanego od dzieci, ktore do konca nie zdaja sobie sprawy, ze osoba, ktora jest obrazana moze wziac sobie to bardzo do serca. One nie wiedza, ze ich slowa moga stwarzac ból. Patrzac po przeciwnosciach, oni sami moga doswiadczyc takich nieprzyjemnych komentarzy w internecie i moga miec problemy z psychika od najmlodszych lat. Poza tym, na portalach spolecznosciowych caly czas czyha na nie wiele zagrożeń, o ktorych rodzice powinni myslec, kiedy zgadzaja sie by dziecko mialo konto na facebook'u, czy asku.

Nie mowie, ze portale spolecznosciowe sa zlem. Oczywiscie, ze nie sa. Sama mam konta na wiekszosci z nich, ale glownie uzywam tylko facebook i instagram. Duzo ludzi mowi, ze sa one wchodzeniem w czyjas prywatnosc, grzebaniem w czyims zyciu dla wlasnej uciechy. I cos w tym jest, ale nikt nie publikuje czegos czego nie chce by ludzie widzieli. Sami ustalamy co publikujemy, jaka czastke naszego zycia pokazujemy innym. A to ze inni to ogladaja jest po prostu czysta, ludzka ciekawoscia. Tak po prostu jestesmy zaprojektowani.

Moim zdaniem, nie powinnismy negowac portali spolecznosciowych, bo sa dobra i prosta metoda komunikacji, ale pamietajmy, ze wszystko musi miec swoje granice i jak to w zyciu bywa naduzywanie czegokolwiek prowadzi do problemow.

Mam nadzieje, ze dzieki temu co powiedzialam wylaczycie "fejsa" i zacznieci zyc prawdziwym zyciem jezeli macie problem z uzaleznienia od "social media".

Pozdrawiam, Weronika. 

niedziela, 20 kwietnia 2014

#52- Directioners, Kwiatonators, Beliebers i inne "fandomy"

niedziela, 20 kwietnia 2014
Witam. Ni z gruszki ni z pietruszki postanowiłam odblokować bloga i napisać nową notkę po paru miesiącach nieobecności. Zmieniłam wygląd bloga (mam nadzieję, że Wam się podoba). Bez zbędnych wstępów przejdźmy do tematu. Jak się można domyślić po tytule będzie o ... dumdumdum (że niby werble) ... o wszechobecnych "fandomach", które przejęły władzę nad internetem.

Jakie "fandomy" znamy? Pierwsze 3, które przychodzą mi namyśl i które z jednej strony są najbardziej promowane, ale również najbardziej "hejtowane" to Beliebers, Directioners i Kwiatonators. Jako pierwsze wypadało by mi wyrazić swój punkt widzenia na tego typu ugrupowania, więc ja kompletnie nic do "fandomów" nie mam i totalnie nie rozumiem "bólu dupy", który dosięga rzesze osób w internecie. "Fandomy", czy opisywane tym właśnie słowem, czy też nie były, są i zapewne będą i każdy (dosłownie każdy) do jakiegoś "fandomu" należy, bądź należał. Przyznaję się, że nie lubię sformułowania "fandom" i zupełnie nie rozumiem sensu nadawania im oddzielnych imion (no, bo czy nie można po prostu mówić o sobie "Jestem fanem J. Biebera" zamiast "Jestem Belieber"), ale nie rozumiem też jak ludzie mogą mieć problem z tym, że ktoś lubi daną sławę.

Skoro każdy w jakiś tam sposób lubi daną gwiazdę to moim zdaniem nie ma prawa do obrażania osoby, które lubi kogoś innego. To, że ktoś słucha, dajmy na to, ACDC, a ktoś The Vamps nie znaczy, że te dwie osoby muszą się nawzajem obrażać i wykłócać (w szczególności w internecie). Żyjemy w wolnym świecie, który pełny jest dóbr kulturalnych, typu muzyka, czy film i każdy powinien decydować co jest w jego guście, a co nie. Jeżeli już znajdziesz tę grupę ludzi, którzy Cię inspirują to się nimi inspiruj i napawaj sztuką, którą Ci dają, a nie staraj się za wszelką cenę wpoić swoje wartości innym. Są gusta i guściki i każdy powinien zrozumieć, że nie wszyscy podążają tymi samymi drogami i co dla jednego jest miłością, dla drugiego może być okropieństwem.

Wracając do samych "fandomów" rozumiem i szanuję idee ich wszystkich, bo w końcu każdy, czy to piosenkarz, tancerz, czy aktor w jakiś tam sposób jest utalentowany i należy mu się szacunek. Nie umiem się postawić na miejscu osoby, która obraża danego artystę, bo jest to dla mnie co najmniej głupie. W końcu sama bym nie chciała by ktoś obrażał kogoś kogo ja lubię (np. The Beatles). Skoro ta osoba jest znana w show biznesie to znaczy, że coś osiągnęła, a nie osiągnęła tego bez przyczyny, więc musi pokazywać jakiś talent, który wyróżnia ją od miliona innych ludzi, którzy również liczyli na szansę na przebicie się.

Jeżeli ktoś z Was mówi, że dajmy na to Dawid Kwiatkowski, czy wcześniej wspomniany Justin Bieber nie potrafią śpiewać to Was zmartwię, bo raczej potrafią. W końcu, gdyby nie potrafili i mieliby głosy jak pijany mors to nikt nigdy by się nie zdecydował na wypromowanie ich i wydanie ich płyt. Dochodzę do wniosku, że ci wszyscy "hejterzy" w internecie, którzy oceniają ich talent muzyczny są po prostu zazdrośnikami, którzy nie potrafią nic innego robić, niż tylko siedzieć na tyłku przed kompem i obrażać wokalistów, którzy przez przypadek stanęli im na drodze (w tym oczywiście śpiewać, bo nie wydaje mi się, by chociaż 5% z nich była w jakimkolwiek stopniu obeznana w muzyce). Ja tam nie mam talentu muzycznego, więc nawet jak słyszę J.Biebera to wydaje mi się, że śpiewać on potrafi. Mimo że jego muzyka do mnie nie trafia to dobry głos ma. Choć może być to za sprawą obróbki dźwiękowej, ale tego nigdy nie wiadomo.


I to by było na tyle. Podsumowując cały mój wywód: "fandomy" dostają ode mnie "lajka", a "hejterzy" karnego "unsuba" i tyle w tym temacie.

Na koniec chciałabym Wam życzyć Wesołych Świąt, smacznego jajka i mokrego dyngusa, a przede wszystkim udanego czasu spędzonego w rodzinnym gronie.

Do następnego...

Pozdrawiam, Kutnianka. 

środa, 10 lipca 2013

#46- Obsesja

środa, 10 lipca 2013
Ale super pogada. Wreszcie nie muszę martwić się o ciągłe deszcze i kisić się w jesiennych ubraniach. Niestety brak mi jakiejkolwiek opalenizny i mimo że od 3 dni siedzę na dworze prawie non stop to i tak moje nogi są białe jak u córki młynarza. ;c

A dziś przygotowałam dla Was temat powiązany z relacjami międzyludzkimi. A mianowicie obsesje, które nie rzadko brane są za uczucie podobne do miłości. Tak naprawdę chodzenie za chłopakiem i wyszukiwanie o nim informacji to żadna miłość.

W większości przypadków taka obsesyjność dotyka młode dziewczyny (w moim wieku i trochę młodsze). Zwykle są nieśmiałe, by do chłopaka podejść, więc szukają różnych dróg, by dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Przez znajomych, rodzinę, czy najbardziej typowo przez facebooka. W ich głowach rośnie wtedy coś na kształt paranoi bardzo lekkiego kalibru. Wyobrażają sobie co będzie, gdy ten chłopak to nich zagada (bo przecież na pewno jest skrycie w nich zakochany). Przed snem marzą i układają specjalny plan rozmowy, czy czegokolwiek innego związanego z tym jegomościem. A i tak w większości przypadków kończy się na tym, że chłopak zakochuje się w dziewczynie, która bez krępacji zaczęła z nim rozmawiać, a nasza koleżanka z obsesją została sama. Życie.

Skąd tyle wiem o takich przypadkach? Sama jestem dobrym tego przykładem. I mimo że powinnam zachowywać się jak dorosła to takie zachowania obsesyjności działają na mnie do dzisiaj. Nie wiem czy jest to przejaw samotności, czy jakiejś pustki w środku, ale tak po prostu jest i bardzo trudno się z tego wyleczyć.

W szczególności przykrość sprawia, gdy ten jegomość jest z jakiejś wysokiej klasy społecznej. Bardzo bogaty, popularny, przystojny. Na Ciebie w ogóle nie patrzy, bo jesteś poniżej niego, a i tak skrycie się łudzisz, że coś z tego będzie. Jak w "Kopciuszku". Choć jest to mało prawdopodobne niestety. Lepiej już wybierać sobie kogoś z tzw. "naszej półki", by później nie mieć zawodu. No i do takiego chłopaka zagadać jest zawsze prościej, bo szanse, że Cię wyśmieje są znikome. Ale tak to już zawsze jest, że każdy mierzy za wysoko. Zresztą nie tylko jeśli chodzi o takie relacje damsko-męskie. W każdej sferze życiowej można przejechać się na własnych, wygórowanych ambicjach.

Podsumowując, każdy z nas zna kogoś, lub sam żył/ żyje z myślami przepełnionymi obsesją nad danym człowiekiem. To niestety do niczego nie prowadzi i jeżeli będziemy siedzieć w kącie i tylko czekać na ruch ze strony przeciwnej to zapewne się nie doczekamy. Szansa minie nam koło nosa i wrócimy do punktu wyjścia. Choć tak naprawdę w wielu przypadkach ta osoba z pozoru dla nas ważna, bo poznaniu okazuje się nikim ciekawym. W końcu jej obraz stworzyliśmy sobie sami w głowie i może się on różnić od realności. Pamiętajcie zawsze o tym. Takie obsesje nie są zdrowe i lepiej zająć się czymś przyziemnym.

Co myślicie na ten temat? Macie tego typu obsesję na czyimś punkcie? Piszcie.

Pozdrawiam, Kutnianka. 

sobota, 6 lipca 2013

#45- Dżentelmeni

sobota, 6 lipca 2013
Blog podupada. Wiem to, niestety. Obiecuję, że będę pisać systematycznie, ale mam zbyt mało chęci. I niby to lubię, ale nie widzę żadnej motywacji. Jutro jadę do domu. Może coś mi to da? Postaram się dodawać tutaj jakieś fotorelacje. Będzie tego dużo, a mniej recenzji filmowo/ serialowo/ książkowych. Powrócę również do postów tematycznych, bo w o ostatnim czasie niczego takiego nie mogliście ode mnie oczekiwać.

Dzisiaj króciutka notka na temat dżentelmenów- gatunku prawie już wymarłego. Kimże jest ten cały dżentelmen? Nie jest to tylko tytuł piosenki autora "Gangnam Style". Według słownika definicji, którym posługuję się bardzo często, jest to "mężczyzna elegancko ubrany, mający dobre maniery". W obecnych czasach rzadko kiedy można spotkać osobę ubraną elegancko. Oczywiście jeżeli mówimy o dniu codziennym, bo na jakąś uroczystość, czy galę jest to obowiązek. Teraz liczy się, by było tanio i wygodnie. Nie ma już tendencji przez mężczyzn to noszenia garniturów i wytwornych płaszczy tak jak na początku XX wieku. Teraz liczy się właśnie ten drugi punt definicji "mający dobre maniery".

Jak często widzicie sytuacje przepuszczania kobiet w drzwiach, odsuwanie krzesła, czy chociażby płacenie za partnerkę w kinie? Nie jest to jakieś wielkie poświęcenie z ich strony, a pokazuje dobre wychowanie. Większość moich znajomych w Polsce to niestety nieumiejące zachować się gbury. Tutaj jest trochę inaczej. Jeżeli jesteś dziewczyną zawsze masz otwarte drzwi i nawet nie musisz ruszyć ręką. To bardzo miłe. Szczególnie, gdy taszczysz reklamówki z Tesco pełne jedzenia.

Zachowanie przy stole też jest ważne. W końcu, wyjście z takim chłopakiem do znajomych, czy rodziny nie musi być krępujące. Jak to ze wszystkim bywa dobre maniery wynosi się z domu. Jeśli od małego nauczy się synka czego robić, a czego nie, to dorastając będzie z tego korzystał, a następnie przekaże to swoim dzieciom.

Dobre maniery to również poprawne wysławianie się. Bluźnierstwa, czy słowa typu "foczka" w wielu sytuacjach są po prostu nie na miejscu. Nie każdy oczywiście jest wierszokletą, czy ma bardzo bujny zasób słownictwa, ale ludzie powinni się odnosić do siebie z szacunkiem.

Małe rzeczy, a sprawiają, że na takiego mężczyznę patrzy się już inaczej. Wystarczy ustąpić tego miejsca w autobusie. Świat się od tego nie zawali, ale miałby dla siebie samego satysfakcję, że pokazał się ze strony dżentelmena, a nie zwykłego zjadacza chleba zapatrzonego w siebie.

Uważacie, że dżentelmeni wymarli? Znacie kogoś kto się tak zachowuje, czy nasze pokolenie daleko od tego odbiega? Piszcie.


wtorek, 4 czerwca 2013

#39- Strach

wtorek, 4 czerwca 2013
Jeszcze tylko 3 egzaminy do zrobienia! Na luzie do nich podejdę, bo to moje dwa ulubione przedmioty; 2x matma i biologia. Najbardziej bałam się przed religią i literaturą z angielskiego, ale obyło się bez większych trudności, bo wylosowałam łatwe tematy. Dzisiaj poprawka z języka angielskiego i mam nadzieję, że nie było źle.

Całą noc nie mogłam spać. Rozmyślałam na temat strachu i tego, że jestem dziwnym człowiekiem, który boi się dziwnych rzeczy. Spójrzmy ma to tak; mam parę takich najbardziej przerażających sytuacji, czy ludzi, które dla innych wydają się całkiem normalne i w żaden sposób nie powodują dziwnego uczucia w brzuchu. Mówię tu na przykład o wokaliście zespołu Wilki. Możecie się śmiać, ale mimo tego, że piosenki typu "Baśka" towarzyszą mi od dzieciństwa to na pana Gawlińskiego nie mogę patrzeć. Przypomina tak bardzo osobą z moich snów, gdy byłam mała, że pozostał mi jakiś uszczerbek na psychice z tego tytułu. Chodziło o to, że ta osoba porywała moją siostrę, więziła ją w szopie, by następnie wjechać w tą szopę samochodem i zabić mi siostrę. Sen powtarzał mi się tyle razy, że zapamiętałam go bardzo dobrze. W szczególności wygląd tego faceta. Od tego czasu, wystrzegam się ludzi wyglądających podobnie do niego, czyli i również wokalisty Wilków.

Według słownika definicji strach to "niepokój wywołany przez grożące niebezpieczeństwo lub rzecz nieznaną, która wydaje się groźna". Lepiej bym tego nie ujęła. Strach to nic innego jak uczucie w głowie, które podpowiada Ci, że coś jest "złe i niedobre" i trzeba się tego wystrzegać. Zapewne gdyby nie sen o psychicznym mordercy, dzisiaj nie miałabym kompletnie żadnego problemu z patrzeniem na osoby wyglądające tak jak on. Tak samo jak ktoś kto boi się np. ciemności. Jeżeli całe życie spałby przy zgaszonym świetle, dzisiaj pewnie nie zwróciłby na to uwagi. Ze strachem zwykle trzeba stanąć "oko w oko" i wtedy przestanie nam zagrażać. Czasami możemy nawet odkryć, że to czego tak unikaliśmy jest naprawdę fajne i ominęliśmy to wielkim łukiem mimo że było godne uwagi. 

A Wy czego się boicie? Pająków, ciemności, a może małych pomieszczeń? Piszcie. 

Pozdrawiam, Kutnianka

niedziela, 2 czerwca 2013

#38- Disco Polo

niedziela, 2 czerwca 2013
Bywając ostatnio na paru blogach wpadłam na notkę (przepraszam, ale nie mam pojęcia u kogo to było) na temat muzyki disco polo. Dość ciekawy pomysł, więc postanowiłam go użyć i rozbudować na swój sposób. Jako zagorzała słuchaczka rock n' rolla i różnych innych podgatunków tej muzyki, nie jestem zwolenniczką hitów typu "Jesteś Szalona". Jednakże, nie mam nic do nich, bo jest to najlepszy rodzaj muzyki na imprezy. Każdy zna słowa piosenek, świetnie się bawi, a to przecież w takich tańcach najważniejsze. Nieważne jak do tego tańczymy, bo każdy układ pasuje. No i disco polo to taka jakby tradycja. Żadna szkolna dyskoteka nie obyłaby się przecież bez "Pszczółka Maja sobie lata, uuu"...

Znam wiele osób, które uważają się za jak nie wiadomo fajne i myślą, że słuchanie tego typu muzyki to obciach. Bądź co bądź i tak znają przynajmniej z 5 piosenek tego gatunku, ale oczywiście się nie przyznają, bo disco polo to "fuj, ohyda".  Muszę przyznać, że czasami lepiej mi się słucha takich tekstów typu "Bella Mari", niż jakichś nowoczesnych wymysłów, w którym ktoś śpiewa o tym jak to fajny jest, bo dostał spadek.

W tej muzyce nie trzeba mieć jakiegoś wielkiego talentu muzycznego, ale trzeba wiedzieć jak rozgrzać publiczność. Samo stanie na scenie nie wystarczy. Zwykle dokładane są różne układy taneczne typu standardowe "żaróweczki", czy "mycie okien". I jak się przy tym nie bawić?

Nie wiem jak Wam, ale ja nie wyobrażam sobie żadnej szkolnej zabawy bez disco polo. I chociaż w domu na co dzień tego nie słucham to od czasu do czasu lubię sobie posiedzieć z babcią przy takich hitach. Denerwują mnie osoby, które nie szanują tego gatunku jak każdego innego. Branża muzyczna jest tak duża, że dla każdego artysty znajdzie się miejsce. Jeżeli Ci się nie podoba, to po prostu nie słuchaj. A jeżeli liczysz na coś innego podczas dyskoteki, to zapewne się przeliczysz, bo do większości piosenek nie da się tak fajnie tańczyć jak właśnie do disco polo.

Nad tym tematem nie można się jakoś długo rozkminiać. Ja mówię tak do disco polo i nie widzę sensu w wyśmiewania tego gatunku. Nie jest w końcu adresowany bezpośrednio do nastolatków. Jak wiadomo przecież, nasze pokolenie woli popowe rytmy.

A jakie jest Wasze zdanie na temat disco polo? Lubicie potańczyć do takich brzmień, czy uciekacie od nich jak najdalej? Piszcie.

Pozdrawiam, Kutnianka.

czwartek, 30 maja 2013

#37- Uzależnienie od internetu

czwartek, 30 maja 2013
Eh, kolejny dzień spędzony przed kompem. I na czym? Oglądaniu w kółko tych samych filmików tych samych youtuberów i graniu w jakąś gierkę, w której musisz rozkochać w sobie chłopaka. Nudne życie- chyba nudniejsze być nie może.

Ale jak to jest z tym uzależnieniem od internetu? Tak naprawdę, dosięga większą część naszego społeczeństwa. A już w szczególności grupę młodych nastolatków, którym zdrowie pozwala robić wszystko, ale oni wolę spędzać swój czas siedząc na tyłku przed komputerem. Jak dobrze jest mi to znane.

Serwisy społecznościowe niekiedy zastępują nasze integrowanie się ze światem. Kontaktujemy się za sobą bardzo szybko, łatwo i przyjemnie, ale niekiedy zatracamy to co w końcu w integracji najważniejsze; spędzenie czasu z ludźmi i zawieranie z nimi przyjaźni. Niby przez internet też można poznać kogoś ciekawego, ale gdy zobaczymy się z nimi na żywo czar pryska. W końcu parę słówek napisanych na klawiaturze nie pokazuje naszych prawdziwych emocji, ani tego jacy jesteśmy. Nad jednym zdaniem możemy spędzić 15 min. i zmienić je tak by brzmiało poprawnie, a nie tak jak sami się wysławiamy.

Zauważyłam, że pisząc na facebooku, czy gadu gadu nie zwracam uwagi na gramatykę, interpunkcję czy ortografię. Gdyby program nie podkreślał mi błędów, pewnie trudno byłoby te moje wiadomości jakkolwiek czytać. Tutaj z kolei staram się by wszystko było w jakiś sposób poprawnie, gdyż odbiera to większa ilość ludzi, która ocenia mnie jedynie po tym jak składam swoje zdania.

Wracając do tematu uzależnień, nic dziwnego, że w obecnych czasach coraz więcej ludzi umiera z powodu mało aktywnego trybu życia, skoro zamiast wyjść na świeże powietrze woli grać dzień i noc w Wow'a. Zdobycie nowego levelu w grze online jest dla nich znacznie ważniejsze niż dobre kontakty z rodziną. Na takie osoby zwykle mówi się "nolify", ale w końcu jak czekasz na jak największą ilość "lajków" pod zdjęciem na "fejsie" nie jesteś wcale lepszy.

Nie mam co oceniać, bo sama jestem uzależniona od internetu. Gdy go nie ma tłukę się po domu w poszukiwaniu czegoś do roboty i zwykle narzekam, że jeeeeest okropnie. Jedyny kontakt ze znajomymi mam przez fb, czy twittera, bo przecież listów już się nie pisze. Jaka szkoda. Takie listy to musi być naprawdę coś superowego. Wkładasz cząstkę siebie do napisania paru słów na kartce papieru, ale możesz to ozdobić i sprawić uśmiech na twarzy odbiorcy.

Oczywiście w dzisiejszych czasach życie bez internetu staje się nie do pomyślenia dla mojego pokolenia. Nawet zakupy robimy online, a w dobie techniki może kiedyś będziemy nawet chodzić na randki w internetowych miastach.

A Wy jesteście uzależnieni od internetu? Właściwie po co pytam. Odpowiedzieć od każdego z Was zapewne będzie "tak". Hmm, jednak i tak czekam na Wasze opinie.

Pozdrawiam, Kutnianka. 
*wena chyba wróciła :D

poniedziałek, 20 maja 2013

#35- Fashioon blogger :)

poniedziałek, 20 maja 2013
Miałam egzamin z literatury angielskiej. Wylosowałam chyba najprostsze pytania jakie mogłam dostać, więc wydaje mi się, że poszło dobrze. Do zrobienia pozostało mi już tylko 5 egzaminów- cztery mam za sobą. Ostatnio strasznie ubolewam nad przemijaniem życia. Mój dziadek kończy 70 lat w tym roku, mama ma 40, a ja tą głupią 16. Dopiero co miałam 5 lat i z babcią plotłyśmy wianki z mleczy. Ta piękne czasy...

Nie mam dzisiaj zamiaru mówić Wam o dorastaniu, bo poruszałam ten temat już wiele razy.  Natomiast chciałabym podzielić się z Wami refleksją na temat wszystkich blogerek modowych, szafiarek, czy jakkolwiek tam się je powinno fachowo nazywać. Nie powiem, uwielbiam przeglądać blogi o modzie. Mam w swojej liście ulubionych całkiem sporą liczbę dziewczyn, które dają mi różne inspiracje do swoich stylizacji. Jakbyście chcieli wiedzieć jakie dokładnie, podam linki na końcu posta. Co jednakże nie zmienia faktu, że coraz częściej dziewczęta udające blogerki modowe nie mają jakiegokolwiek wyróżniającego się stylu.

Szanuję dziewczyny, które pokazują jak się ładnie ubierać, jak wyrażać siebie poprzez ubrania, ale w niektórych przypadkach po prostu nie wiem co mam myśleć. W szczególności denerwują mnie w kółko powtarzane kanony typu legginsy w paski+ koszulka. Brak jakiegokolwiek przemyślanego pomysłu, brak dodatków, brak dobrego tła. Zdjęcia robione z kamerki internetowej, z której i tak nic nie widać. Rozumiem, że szansa na darmowe ubrania poprzez współprace z różnymi firmami kusi, ale nie można robić niczego na siłę.

Nie chcę teraz powiedzieć, że osoby bez profesjonalnego sprzętu nie powinny prowadzić blogów modowych. W końcu jak ktoś umie się posługiwać zwykłym aparatem cyfrowym może uchwycić tą stylizację na równie wysokim poziomie co lustrzanką. Dla mnie w takich sytuacjach liczy się pomysł i chęci wykonania. Gdy jest się bardzo kreatywnym można przedstawić coś z niczego, ale będzie ciekawe dla oka.

Możecie mnie wziąć za hipokrytkę, bo w końcu też piszę bloga, ale nie wrzucam prawie żadnym swoich zdjęć. Jednak, mój styl pisania opiera się tylko i wyłącznie na przemyśleniach i ocenach. Nie jestem aż tak znowu wielce obyta w fotografii, czy właśnie modzie, by dodawać to jako tematykę swoich postów. Nie chcę również obrazić niektórych dziewczyn, ale w obecnych czasach, gdy internet przepełniony jest tego typu blogami, by się wybić potrzeba naprawdę dobrego pomysłu. Każdy oczywiście powinien mieć szansę na wykazanie się i spróbowanie czegoś nowego. Najbardziej liczy się zabawa i ukazanie swoich myśli w formie stylizacji. 

Jak zapowiedziałam na początku teraz chwila na zaprezentowania blogów, które moim zdaniem powinny być wzorem dla wszystkich zaczynających "szafiarek": Mary-Kate Fashion, Kolorowa Dusza, Diva na urlopie, Wildfox7, oraz Maffashion. Oczywiście jest ich znacznie więcej, ale to tylko parę, które przyszły mi na myśl. 

A jakie jest Wasze zdanie na temat blogerek modowych? Jakie są Wasze ulubione? Piszcie. 

Pozdrawiam, Kutnianka.

piątek, 17 maja 2013

#34- Piiip!

piątek, 17 maja 2013
Miałam dziś rano strasznie wielki stres! Egzaminu z gastronomii nie można zaliczyć do tych łatwych. W szczególności, gdy ominęła Cię 1/4 kursu. Wkuwałam te okropne jajka, mleka i inne proteiny wczoraj do 12 , bo i tak z nerwów nie mogłam spać. Na egzaminy, czy testy wolę być przygotowana na 100%, a w tym przypadku wydawało mi się, że polegnę i zdam na tak kiepską ocenę, że będzie mi się wstyd pokazać przed nauczycielką. Bądź co bądź, na sali gdy otworzyłam ten arkusz zadania wydały mi się wyjątkowo proste i napisałam wszystko, oprócz najbanalniejszego z podpisywaniem obrazków. Pech chciał, że zapomniałam jak jest durszlak po angielsku. Mam nadzieję, że ilość punktów będzie wysoka i dostanę A na koniec roku :)

Ostatnimi czasy spotykam coraz więcej dzieci, które przeklinają co drugie słowo. Jest to co najmniej dziwne skoro ja w ich wieku nie znałam połowy tych wyrazów. Nie należę do tego typu ludzi, zresztą tak samo jak rodzina, w której dorastałam. Nie powiem, jak jestem zestresowana czy zdenerwowana potrafię mówić dużo "nie ładnych" słów. Tak jak właśnie wczorajszego wieczora kiedy to panicznie bałam się, że nie umiem kompletnie nic o tych "piip! jajkach i innych piip! rzeczach, które na piip! mi się przydadzą w przyszłości".

Nie rozumiem ludzi bluźniących dla szpanu. Co takiego fajnego w tym jest? Uważają, że jak będą się odzywać po chamsku to pokarzą swoją dorosłość i odwagę? Czy po prostu są już w domu nauczeni od małego? Wszystkie nawyki codziennego życia zawdzięczamy ludziom, którzy nas otaczają. Jak mówi przysłowie: "Z kim przystajesz, takim się stajesz".

Typowy "dres" co drugie słowo mówi coś "nieładnego". W jego głowie szerzy się pewnie zamysł, że inni będą się go bali i będą czuli do niego respekt. Nie możemy mylić respektu z szacunkiem, bo to kompletnie dwa różne pojęcia i na oba trzeba sobie inaczej zasłużyć. Zwykle, patrzy się na takich ludzi z odrazą i zastanawia się skąd nauczyli się takiego zachowania.

Jak dla mnie bluźnienie jest oczywiście czymś normalnym w wielu stresujących sytuacjach. W końcu Polacy na całym świecie są znani ze swojego "k*rwa!", używanego do określania prawie że wszystkiego. Co jest bardzo ciekawe, zwykle jak spytasz się osoby z zagranicy o jakieś polskie słowo, powie Ci oczywiście "k*rwa!" i ewentualnie "dzień dobry". Znak rozpoznawczy, czy co?

Nie mam pojęcia skąd wziął się taki, a nie inny pomysł na posta. Pewnie dlatego, że zaczęłam oglądać jednego vlogera na youtube, który nadużywa trochę tego typu wyrazów, ale bądź co bądź jego wypowiedzi i tak są składne i ciekawe. A jakie Wy macie zdanie na temat bluźnienia szczególnie u młodych ludzi? Piszcie.

Pozdrawiam, Kutnianka. 

niedziela, 12 maja 2013

#33- "Kozak w necie- dupa w świecie"

niedziela, 12 maja 2013
Tak, tak, tak! Od jutra sesje egzaminacyjne czas zacząć. Do napisania mam 9 egzaminów, by zdać te cholerne GCSE. Jutro pierwszy z religii. Wczoraj trochę świrowałam, że nic nie umiem, ale powtarzałam dość sporo i wydaje mi się, że jestem przygotowana. Dla mnie nawet te 40 min. to ogrom czasu, bo większość zapamiętuję z lekcji. A zresztą. Religia nie jest aż tak ważnym przedmiotem. Bardziej mnie stresuje angielska literatura, która nie dość, że jest w moje urodziny, to jest jeszcze w dodatku tak strasznie trudna i pogmatwana, że nawet Anglicy ledwo co z tego ciągną. Ah, po prostu trzymajcie ze mnie kciuki od poniedziałku aż do końca czerwca i jakoś przeżyję!

Nawiązując to tytułu (" Kozak w necie- dupa w świecie") od razu możecie się domyślić o czym będzie dzisiejszy post. Ah, jakże by inaczej o hejterach i anonimach. O tych ludziach, którzy myśląc, że są ukryci, jadą po innych w internecie i wylewają swoje żale. Ja muszę przyznać z takowymi nigdy nie miałam do czynienia, ale jako oddana fanka vlogerów na youtube (wbijam nawet na youtube meet up w Warszawie jako widz!) wiem o co ten problem zahacza. Gdybym sama nie obawiała się hejterów już dawno założyłabym sobie kanał, ale kto to wie kto akurat do mnie wpadnie i będzie chciał napisać swoją "ocenę".

Nie ma co porównywać blogowania to prowadzenia kanału na yt. W pewnym sensie pisanie bloga jest bardziej anonimowe. Nawet jeżeli piszesz o swoim codziennym życiu i w każdym poście umieszczasz masę swoich zdjęć to i tak jakaś część prywatności pozostaje. W końcu możesz pisać z toalety, bo nikt Cię nie sprawdzi. Z kolei gdy masz kanał, no niestety, musisz pokazać dokładnie wszystko, więc kręcenie w niektórych sytuacjach nie przystoi. Dlatego też więcej tego typu ludzi zostaje ofiarą hejtów. A wielka szkoda, bo moim zdaniem jest to nawet lepsza forma sztuki niż blogowanie. Pokazuje lepsze emocje i w końcu kontakt z widzem jest prawie "twarzą w twarz". Nie jak tutaj, że czytacie tylko moje literki, które wystukałam na klawiaturze komputera.

Wracając do "Kozaka...", dlaczego tak się dzieje? Hmm, kompleksy? Potrzeba jechania po kimś, by się dowartościować? Zazdrość, że ktoś ma jakąś pasję, a jedyne co Ty robisz dzień w dzień jest granie w Minecraft'a i popijanie hektolitrów wysoko słodzonej coli z Biedronki za którą i tak zapłacili Twoi rodzice? Przepraszam, ale w większości ci wielcy i potężni hejterzy to tylko mali i spokojni uczniowie gimnazjum. Gdy mają przerwę od kartkówek z chemii, czy historii wbijają na kompa i piszą bzdurne wiadomości do ludzi, którzy starają się coś ciekawego tworzyć.

Tak naprawdę, gdyby tak podejść do tej osoby w realnym świecie i odpowiedzieć coś, pewnie zaczęłaby płakać, zesikała się w majtki ze strachu i uciekła do mamy. (no dobra, może nie tak drastycznie, ale ja tak ich widzę). Muszę Wam powiedzieć, że nie ma się co nimi przejmować. Takie bzdurne gadanie, daleko odmienne od konstruktywnej krytyki nie wnosi niczego.

Pozdrawiam, Kutnianka. 


piątek, 10 maja 2013

#32- Jak gra w głuchy telefon

piątek, 10 maja 2013
Nawet nie chce mi się pisać tych dwóch zdanek wprowadzających; co u mnie słychać i jak tam żyję, bo prawda jest taka, że kłótnia z jedną osobą przysporzyła mi wielu problemów. Byłam pierwszy raz w życiu na dywaniku u dyrektora. Jestem takim rebeliantem!

Pewnie większość z Was zdaje sobie sprawę jak wielką szkodę może uczynić jedna plotka.  Na zasadzie głuchego telefonu przechodzi od jednej osoby do drugiej. Każdy dodaje coś od siebie przez co wersja finałowa znacznie odbiega od tej prawdziwej. Niektórzy ludzie mogą przez to cierpieć, a osoba od której wszystko się zaczęło, nie zdaje sobie nawet sprawy z tego co się wydarzyło.

Ostatni tydzień pokazał mi jak to ludzie interesują się życiem innych. Czy to tylko dlatego, że nie mają swojego? Obgadują za plecami, wymyślają niestworzone historie... Czy to komuś w ogóle potrzebne? Dlaczego ta chora zazdrość, czy jakiekolwiek inne okropne uczucie do tego prowadzi?

Zwykle dostanie się tej osobie najsłabszej. Tej, która boi się odezwać i wyrazić swoją opinię. Boi się śmiechu i szyderczych docinek za strony "księżniczek idealności". Nie mówimy teraz tylko o obecnym świecie, bo mimo iż teraz ludzie są mniej tolerancyjni do siebie, to nawet w tych moich kochanych latach 50, młodzi ludzie mieli problemy z plotkami i zastraszaniem.

Usłyszałam wczoraj od dyrektora pewne zdanie, która po prostu wbiło mnie w fotel i nie miałam siły się odezwać; "Jesteś z Polski, a Polska była zastraszana przez wiele lat, więc masz w swojej historii i korzeniach   odporność przeciw tego typu zagrywkom". Taa, nie czuję niczego. Jestem ze stali i nie wyrażam emocji tylko dlatego, że moi przodkowie toczyli wojny z wrogimi krajami.

Bądź co bądź, nasi rodzice też mieli problemy z plotkami. Ba, nawet nasi dziadkowie, pradziadkowie... Problemy się nie zmieniają. Dotykają tylko innych ludzi. Powód zostaje zawsze ten sam. Wiele niewinnych osób cierpi, nawet jeżeli nie mają nic dosłownie wspólnego ze sprawą. Moim zdaniem, nie powinno się słuchać innych i rozpowiadać dalej różnych rzeczy, bo może to być nieprawda. Nie wiemy kogo możemy tym skrzywdzić. Plotki to straszne zło tego świata i radzę byście się w coś takiego nie wtrącali.

Pozdrawiam, Kutnianka. 
|Polne-Maki| Trochę mody, trochę kultury, książki, filmu, różnych zagadnień (W.) © 2014